Miałam dzisiejszej nocy sen, jakich w ostatnich miesiącach brakowało: wszystkie pory roku skumulowane w jedno... zima i wiosna przejechane pociągiem z przyjaciółmi, setki rozmów, uśmiechów, czułości; lato wymalowane w milczeniu samotnych spacerów ulubionymi polnymi ścieżkami tuż przed zachodem słońca... i na koniec schyłek lata i złota jesień, widziane z lotu ptaka i otulone najsłodszą modlitwą... Sen automatycznie zachęca do podsumowań, zwłaszcza, że obecny miesiąc temu sprzyja...
Ten rok był...nadzwyczajny. Był prawdziwą szkołą życia, przyniósł mnóstwo nowych doświadczeń, dziesiątki nowych znajomości, niezliczone ilości cudów, błogosławieństw, rozważań... i każdego dnia, między czarnymi, ciężkimi chmurami wystarczająco często pojawiało się słońce.

I nie żałuję już tych dni totalnego wyczerpania, niepokoju, porażek. Za nie dziękuję Panu w pierwszej kolejności.
Podsumowanie kolejnego roku na dA - równie zaskakująco. 44 prace, lepsze bądź gorsze... w perspektywie całego roku zastanawiam się, kiedy to wszystko popełniłam, chyba po nocach...

Święta...czuję je bardzo, bardzo mocno duchem i sercem, już nawet nie martwiąc się, że materialnie jest do kitu, bo wciąż nie załatwiłam tysięcy spraw pod tytułem prezenty, choinka etc. Od kilku dni dużo się dzieje, ale najważniejsze, że dzieje się dobrze. I wiele jeszcze się wydarzy, to dopiero początek...

Niniejszym, żegnam się na najbliższy tydzień, z niektórymi może na krócej

Slan,
J.
